MENU

Styczeń, 2014
Archive

6877

Sztuka zakupu bazy e-mailingowej – kryteria selekcji rekordów i modelu rozliczeń

E-biznes

31 stycznia 2014

Autorem artykułu jest Kamila Majcher, Project Manager MailSales.

E-mailing, jako jeden z najefektywniejszych sposobów dotarcia do użytkownika, jest niewątpliwie również najbardziej „wrażliwym” kanałem promocji. Nieudolnie wykorzystywany do budowania relacji z klientem może dawać efekt odwrotny do zamierzonego.

Niezwykle istotna jest więc odpowiednia strategii komunikacji e-mail obejmująca zarówno posiadane portfolio klientów za pomocą newsletterów, jak i odpowiednio stargetowane i przygotowane wysyłki do baz zewnętrznych.

Obecnie obserwujemy duże rozdrobnienie rynku pod kątem liczby baz mailingowych oraz możliwości targetowania oferty. Rosnący udział zagranicznych firm, oferujących konkurencyjne ceny, oraz wejście (z dniem 22 stycznia 2014 r.) nowej ustawy mówiącej o możliwościach legalnego wykorzystywania adresów ogólnych znajdujących się na stronach internetowych firm, powoduje, że wzrost potencjału nie koniecznie musi iść w parze efektywnością. Co zrobić by nie zgubić się w gąszczu ofert e-mail marketingowych i skutecznie wykorzystać ten kanał?

Biorąc pod uwagę bazy komercyjne, które w swoich zasobach posiadają skrzynki portalowe, łączna liczba kont oferowanych przez dostawców zewnętrznych jest kilkukrotnie wyższa od liczby internautów. Oznacza to, że z przekazem reklamowym możemy dotrzeć do jednego użytkownika kilka razy, przy wykorzystaniu różnych baz. Należy przy tym jednak zadbać o to, aby nasza wiadomość nie została potraktowana jako SPAM, który wynika nie z samego zamiaru spamowania, ale z niewiedzy jaką posiadamy o użytkownikach do których kierujemy naszą elektroniczną wiadomość.

Wychodząc naprzeciw rosnącemu problemowi dezorientacji, jaką niesie za sobą obecna sytuacja, powstała sieć MailSales, będąca największym brokerem mailingowym na rynku polskim – skupiająca ponad 400 baz o łącznym potencjale blisko 200 mln kont e-mail. Korzystając z wiedzy o tym gdzie i w jakim modelu wysyłka jest najskuteczniejsza, dorównuje efektywności wysyłek do baz wewnętrzych.

Z jakiej bazy korzystać?

Oczywiście istnieją bazy bardziej i mniej wyeksploatowane. W tych drugich wysyłki realizowane są raz na jakiś czas, co wpływa bezpośrednio na ich cenę. Posłużę się przykładem. Bazę zebraną na podstawie subskrypcji na stronie z pomocami edukacyjnymi dla nastolatków w wieku 13-18 lat możemy kupić po najniższych stawkach CPM, rzędu nawet 10,00 PLN. Inaczej sprawa wygląda w przypadku osób zajmujących wysokie stanowiska jak prezes czy dyrektor, a także w grupach zawodowych charakteryzujących się wysokimi przychodami jak lekarze prawnicy czy architekci – koszty oscylują w granicach 200 PLN.

Skąd te różnice? Osoby w wieku do 18. roku życia nie uzyskują dochodów, co powoduje że ich decyzje zakupowe zależą od osób trzecich. To z kolei powoduje, że są grupą mało atrakcyjną dla marketerów. Sprawa wygląda inaczej w przypadku prezesów czy dyrektorów, których dochody pozwalają na zakup drogich produktów. Są oni wymarzoną grupą docelową marek luksusowych. Osoby aktywne zawodowo, których czas jest mocno ograniczony, są doskonałymi klientami np. delikatesów internetowych (Frisco czy Alma24), które z dopasowaną ofertą i w odpowiednim czasie dają rozwiązanie ich problemów bez konieczności wychodzenia z domu. Podsumowując stawka CPM jest ściśle uzależniona od wielkości oraz potencjału nabywczego grupy docelowej.

Mailing osiągnie zamierzoną skuteczność jeśli do każdej z tych grup wyślemy odpowiednio sprofilowany komunikat, odpowiadający na ich bieżące potrzeby lub poprzez naszą wiadomość, wzbudzimy w nich te potrzeby.

Co mówi domena o Twojej bazie?

Najrzadziej w mailingi reklamowe klikają osoby mające pocztę we własnej domenie lub w domenie służbowej. Dlaczego tak się dzieje? Tacy użytkownicy są po prostu bardziej wymagający, co jednak bezpośrednio przekłada się na wysoki wskaźniki konwersji z kliknięcia. Klikają rzadziej, ale robią to bardziej świadomie. Kolejną „małoefektywną” grupą pod kątem CTRów są użytkownicy poczty na Gmailu. Ci z kolei nie są zalewani falą spamu z uwagi na fakt, że Google nie sprzedaje takiej formy reklamy. To kolejna świadoma grupa naszych odbiorców, która może poszczycić się wysokim wskaźnikiem CTR.

Ważną kwestią jest również rozróżnienie wysyłek B2B oraz B2C. Skrzynki w domenie służbowej od portalowych różnią się zasadami dostarczalności. W mailingach biznesowych wymaga ona znajomości filtrów antyspamowych używanych zarówno na serwerze, jak i w programie pocztowym, z którego korzysta dana firma. W mailingach B2C sprawa wygląda zupełnie inaczej. Tu nasza dostarczalność zależy od reputacji nadawcy i relacji z dostawcami skrzynek pocztowych.

Dane, których potrzebujemy

Coraz większe znacznie ma segmentacja bazy mailingowej, na którą bezpośrednio wpływa pochodzenie jej rekordów. Często spotykamy się z oznaczeniem źródła bazy jako „akcja konkursowa” czy też „newsletter”. Każda taka informacja przybiera na znaczeniu tylko wtedy jeśli dokładnie wiemy czego dotyczył konkurs lub na jakiej stronie internetowej prowadzona była subskrypcja.

Coraz mniej wartościowe natomiast, pod kątem efektywności wysyłek, stają się dane demograficzne oraz geograficzne. Podobnie jak nie każda kobieta z dużych miast musi być zainteresowana modą, tak nie każdy mężczyzna powyżej 25. roku życia jest pasjonatem motoryzacji. Musimy zwrócić tu szczególną uwagę na „świeżość” zgromadzonych danych. Zgubne okazują się być pozostawione przez użytkownika w subskrypcji preferencje dotyczące zainteresowań. Te, zyskują na wartości tylko wtedy, gdy pozyskane są w czasie rzeczywistym. Kluczem do sukcesu są dynamicznie zmieniające się grupy docelowe, do których wiadomość generowana jest automatycznie po otwarciu maila, czy też kliknięciu w kreację. Tutaj rewelacyjnie sprawdzają się wszystkie rozwiązania marketing automation. E-mail marketing powinien być więc zautomatyzowany najlepiej, jak to tylko jest możliwe.

Bazy portalowe vs. Bazy (nie)zwykłych stron www

Często od klientów bezpośrednich bądź też domów mediowych pada pytanie: „Czy w wysyłce możliwe jest wyłączenie baz portalowych?” – Dlaczego tak się dzieje? Oczywiście, każdy z czołowych polskich portali posiada liczne kryteria targetowania – od płci, wieku, wykształcenia, miejsca zamieszkania po zainteresowania. Te ostatnie, jak już wiemy, niezbierane w czasie rzeczywistym, praktycznie nie mają znaczenia. Właściciele baz portalowych szczycą się liczbą posiadanych adresów – to fakt, robi wrażenie, natomiast jakie wrażenie robi cena za jej efektywność? Porównajmy cennik jednego z czołowych portali na rynku polskim do cennika innego, sprofilowanego serwisu. Nasz produkt skierowany jest do matek dzieci w przedziale wiekowym 0-3.

Porównanie ceny bazy portalowej do ceny bazy parentingowej (grupą docelową są matki dzieci w wieku 0-3).

Porównanie ceny bazy portalowej do ceny bazy parentingowej (grupą docelową są matki dzieci w wieku 0-3).

Wyniki jednoznacznie wskazują na lepsze sprofilowanie oraz niższą cenę w przypadku bazy parentingowej. Ceny bazowe kształtują się w obu przypadkach na takim samym poziomie. Po dodaniu niezbędnych targetów cena na portalu wzrasta do 52,50 PLN. Nie mamy też przy niej pewności, że odbiorcami będą rodzice. Inaczej przedstawia się sytuacja w bazie parentingowej, gdzie z góry wiemy, że właścicielkami posiadanych przez nią rekordów są wyłącznie matki.

Jedyny dodatkowy koszt, jaki tam ponosimy to dopłata za wiek dziecka (w przypadku portalu nie mamy możliwości takiego targetowania). Tak więc, mamy dokładnie sprofilowaną grupę docelową, której koszt jest prawie dwukrotnie niższy! Dodajmy jeszcze, że konta portalowe zawierają dane deklaratywne, natomiast w przypadku bazy parentingowej mamy gwarancję, że naszymi odbiorcami są rodzice, na co wskazuje fakt, że są subskrybentami serwisu parentingowego.

Weźmy jeszcze pod uwagę częstotliwość wysyłek. Bazy portalowe, aby zrealizować mailing muszą mieć na niego po prostu miejsce. Niektóre z nich wysyłają nawet po 5-6 mailingów dziennie! Dla portalu ten kanał sprzedaży to ogromne źródło zysku. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku baz specjalnych, które dbają o „prywatność” swoich użytkowników realizując 1-2 wysyłki na tydzień, ponieważ wiedzą ile mają do stracenia.

Portale natomiast utrzymują rekordy tylko po to, aby monetyzować je poprzez realizacje wysyłek dla swoich klientów. Tu w przypadku wypisania z bazy użytkownik nie przestaje korzystać z serwisu, bo wyraźnie oddziela te dwie rzeczy. Subskrybent bazy parentingowej natomiast nie zakłada konta, ale powierza wydawcy swoje dane, dlatego też oczekuje szanowania prywatności, stąd też strategia takich baz jest zupełnie inna.

W jakich modelach warto kupować?

Wybór baz, a co za tym idzie modelu rozliczenia, zależy przede wszystkim od specyfiki naszego produktu. Jeśli jest uniwersalny, przykładowo: obuwie damskie, warto jest skierować wysyłkę do baz konsumenckich, gdzie adresy zbierane były np. z konkursu modowego lub subskrypcji na stronie, gdzie już po treści serwisu wiemy, że jego użytkowniczkami są kobiety – takie bazy możemy kupić bardzo tanio w modelu zarówno w modelu CPM, CPC, jak i CPL. Jeśli nasza grupa docelowa to przykładowo kobiety powyżej 25. roku życia (czyli bardzo szeroki target) wysyłkę należy rozliczać w modelu CPC. Kliknięcia w mailing z reguły nie są przypadkowe, więc jeśli użytkownik klika oznacza, że jest zainteresowany produktem. Ponadto, po zamianie modelu CPL na CPC, potencjał baz chętnych do emisji mailingu wzrasta. Czasami warto także zrealizować mailing rozliczany za kliknięcia, aby przekonać bazę do zgody na model CPL (a przekonuje ją tylko wysoka konwersja).

Inaczej sprawa wygląda w przypadku dóbr luksusowych. Jeśli produktem jest drogi samochód naszą grupę docelową powinni stanowić lekarze, prawnicy czy Top Management. Tu należy dobierać bazy specjalistyczne oraz B2B rozliczane w modelu CPM. Istnieje jednak sposób na obejście wysokich CPMów. Wysyłki możemy skierować na bazy konsumenckie i rozliczać je w modelu CPC. Tu istotną rolę ogrywałby temat, dzięki któremu wyselekcjonowalibyśmy przykładowo samych właścicieli firm – „Prowadzisz firmę?” – wtedy mielibyśmy gwarancję, że płacimy za kliknięcie właściwej osoby.

Sposobów na efektywnie prowadzoną kampanię mailingową jest wiele. Najważniejszy jest jednak dobór odpowiedniego partnera biznesowego, który na bazie bogatego doświadczenia, może poprowadzić nas przez gąszcz ofert baz mailingowych oraz skutecznie doprowadzić do maksymalizowania zysku.


Zdjęcie tytułowe pochodzi ze strony Horia Varlan www.flickr.com/photos/horiavarlan i zostało zamieszczone na licencji Creative Commons.

Przeczytaj artykuł

1758

Śledzenie zdarzeń w Google Analytics w sytuacjach bez wyjścia

Inne

30 stycznia 2014

Autorem tekstu jest Maciek Stanasiuk – Junior Web Analyst & Piotr Kosiński – Paid Search Manager z firmy Bluerank, z którą współpracujemy na co dzień. Warto zapoznać się z ofertą SEM na stronie www.bluerank.pl

Posiadasz sklep internetowy lub stronę i nie masz możliwości dodania zdarzeń Google Analytics poprzez edycję kodu strony? Podpowiadamy Wam jak skutecznie umieścić kod w panelu administracyjnym.

Śledzenie kliknięć w poszczególne elementy na stronie jest jednym z podstawowych elementów prawidłowego wdrożenia Google Analytics. Dzięki niemu możemy określić, ile osób zapisuje się do newslettera, który banner ma najwyższy CTR oraz jak sprawnie działa nawigacja. Zazwyczaj wdrożenie tego typu opiera się na przesłaniu do GA zdarzeń z wykorzystaniem JavaScriptowej funkcji onClick.

Niestety nie zawsze system CMS, na którym oparta jest strona umożliwia, edycję kodu HTML. Na szczęście są dwa wyjścia. Możemy przygotować własny kod, który wepniemy w strony, co umożliwiają nawet zamknięte CMSy, albo wykorzystać Google Tag Managera, ale to już temat na oddzielny artykuł.

W naszym przykładzie kodu oparliśmy się na jQuery, który w porównaniu do standardowego JavaScripta zdecydowanie upraszcza cały proces. Na początku należy upewnić się, że kod został wczytany dopiero po załadowaniu całego dokumentu. Pomoże nam w tym funkcja:

$(document).ready(function() {
//kod wykonany po wczytaniu całej strony
});

Za pomocą kodów łatwo możemy dodać zdarzenia do każdego elementu na stronie. Oto kilka prostych przykładów, które dodają zdarzenia onclick dla danych elementów:

$(‚img’).click(function(){
//umieszczony tutaj kod pozwoli mierzyć zdarzenia kliknięć w wszystkie obrazki na stronie
});

$(‚#logo’). click(function(){
//umieszczony tutaj kod pozwoli mierzyć zdarzenia kliknięć w element o id „logo”
});

$(‚.menu’). click(function(){
//umieszczony tutaj kod pozwoli mierzyć kliknięcia we wszystkie elementy zawierające klasę „menu”
});

Przykład kodu, którego zadaniem jest śledzenie w Universal Analytics kliknięć na banner, posiadający klasę „slider” wygląda następująco:

$(document).ready(function() {
$(‚.slider’).click(function() {
ga(‚send’,’event’,’Banner’,’Wejście’);
});
});

A dla kodu wykonanego po załadowaniu strony, tak:
$(document).ready(function() {
$(‚.banner’).click(function() {
_gaq.push([‚_trackEvent’,’Banner’,’Wejście’]);
});
});

Po przygotowaniu odpowiedniego pliku wystarczy zapisać go w formacie .js i podlinkować go w nagłówku strony za pomocą < script >. Należy jednak pamiętać o tym, że korzystając z jQuery konieczne jest podlinkowanie również odpowiedniej biblioteki. Wszystkich chcących bliżej zapoznać się z jQuery zachęcamy do przeczytania oficjalnej dokumentacji.

Jak można zauważyć, wdrożenie prostych zdarzeń wcale nie musi być trudne, a może dostarczyć bardzo wartościowych informacji o naszej stronie. W tekście podaliśmy typowy przykład podpinania zdarzeń. Każda strona internetowa czy sklep ze względu na budowę i funkcjonalność wymaga indywidualnego podejścia. Proponujemy więc przeprowadzenie własnych testów i czekamy na Wasze wyniki.

Przeczytaj artykuł

1802

Crowdfunding i wczesny dostęp – mała, cyfrowa rewolucja?

Inne

30 stycznia 2014

Uczucie kupowania kota w worku towarzyszyło na pewno większości z Was przynajmniej raz w życiu. Powodów było na pewno kilka – od niewiedzy, przez zwykłą ciekawość, aż po świadome ryzyko. Oczywiście trudniej brać w ciemno rzeczy materialne, o których można przeczytać liczne opinie konsumentów. Kiedy sami stajemy się konsumentem, staramy się, aby poczyniona inwestycja okazała się udana.

Czy jest to nowa lodówka, żelazko, a może karta graficzna do komputera stacjonarnego – zawsze zasięgamy rady innych, zaglądamy na specjalistyczne forum, bądź zerkamy na ocenę produktu w sklepie. Zgoła odmiennie sytuacja wygląda w przypadku ostatniej mody na tzw. wczesny dostęp do oprogramowania. Jest to zjawisko fascynujące, ale również tajemnicze i ma potencjał na zrobienie niezłego zamieszania na rynku elektronicznej rozrywki. O ile już takiego zamieszania nie wywołało…

Screenshot ze strony www.kickstarter.com

Screenshot ze strony www.kickstarter.com

Najprościej ujmując „wczesny dostęp” to sytuacja, w której twórca oprogramowania daje Ci przedsmak swojego pomysłu (np. demo technologiczne), aby zachęcić Cię do sfinansowania projektu. Na tym etapie realizacja raczkuje, posiada mnóstwo niedoskonałości, być może nawet nie istnieje, aczkolwiek kusi kreatywnością i wyłamywaniem się z panujących trendów. Jednym zdaniem – jest to próba zwrócenia uwagi na projekty, które z wielu powodów zostały pominięte oraz zignorowane przez większe korporacje, firmy, inwestorów itp.

Twórca stara się wówczas wkupić w łaski zwykłego Kowalskiego, który może tym samym stać się producentem. Oczywiście zwykłe 10 dolarów darowizny nie spowoduje, że na rynku pojawi się produkt genialny w każdym calu. Ale jeśli na inwestycję zdecyduje się 50 tysięcy Kowalskich – sytuacja może zmienić się diametralnie. A twórca zyskuje stabilną, finansową platformę i spokojną pracę.

Pomysł sam w sobie nie jest taki nowy. Już w ubiegłym stuleciu zdarzały się przypadki sfinansowania przez fanów… tras koncertowych dla zespołów muzycznych na zasadzie „dobrze gracie – pokażcie się na scenie”. System rozwijał się na tyle skutecznie, iż skrzętnie skorzystali z niego artyści z innych branż – filmowcy, programiści, malarze oraz pisarze. Eskalacja nastąpiła pod koniec ostatniej dekady, kiedy to pojawiło się kilka serwisów bazujących na crowdfundingu (dobrowolnej zbiórce), które promowały rozmaite inicjatywy.

Do najbardziej znanych należą dzisiaj Kickstarer, Indiegogo oraz RocketHub. W Polsce w ostatnim czasie prym wiodą 2 portale: wspieram.to oraz polakpotrafi.pl. Projekty czekające na wsparcie to najczęściej gry komputerowe, filmy lub planszówki, ale nie brakuje również oryginalniejszych rozwiązań.

Działalność powyższych stron powinna zainteresować przede wszystkim graczy (ale nie tylko!), którzy pamiętają złote lata dziewięćdziesiąte i nazwiska związane z tą branżą. Jak się okazuje, sporo dinozaurów z tamtej ery doskonale odnajduje się w crowdfundingowej rzeczywistości. Od dawna wykluczeni z dużych firm mogą za mniejsze pieniądze realizować swoje marzenia, bez nacisku ze strony nadzorców, za to z dużymi oczekiwaniami normalnych klientów, którzy przelali na konto piątaka.

Ci jednak już wiele razy pokazali, iż są w stanie być bardziej wyrozumiali, gdyż chcą otrzymać produkt świeży i mało schematyczny. Tym sposobem furorę na Kickstarterze zrobił legendarny twórca przygodówek Tim Schafer, który potrzebował 400 tysięcy dolarów na dokończenie swojego dzieła pt. Broken Age.

Odzew miłośników jego twórczości był, delikatnie ujmując, szokujący. Zebrano ponad 3 miliony dolarów. Równie bezproblemowo pieniądze zebrał Brian Fargo, który pracuje obecnie nad grą cRPG Wasteland 2. Cel, jakim było uzbieranie 900 tysięcy dolarów, został osiągnięty na długo przed zakończeniem zbiórki. Wynik końcowy okazał się na tyle dobry, iż w ostatecznej wersji pojawią się funkcjonalności, których autor z początku nie planował wdrażać.

Screen z gry Broken Age

Screen z gry Broken Age

Swoistym ewenementem w tym zestawieniu jest produkcja symulatora kosmicznego Star Citizen od Chrisa Robertsa. Autor kultowej serii Wing Commander zakończył zbiórkę na Kickstarterze osiągając 2 miliony dolarów. Do zakręcenia kurka z pieniędzmi było (i jest) jednak daleko. Po uruchomieniu własnej strony z systemem wpłacania darowizn Roberts ze swoją ekipą może poszczycić się dzisiaj rekordowymi 36 milionami dolarów.

A banknoty jeszcze spływają i spływać będą, gdyż projekt okazał się tak rozległy, że premierę gry postanowiono przenieść na 2015 rok. Na dzisiaj fani muszą zadowolić się zaledwie krótkim demem polegającym na zwiedzaniu swojego statku w hangarze. Tymczasem przed Robertsem czeka cała galaktyka. I pomyśleć, że początkowo autor planował uzyskać 500 tysięcy dolarów.

Z podobnym pomysłem wystartowała platforma Steam. W programie „Steam Early Access” biorą udział wyselekcjonowane gry w wersjach alpha lub beta. Zasady są proste – klient kupuje dostęp do takiej wersji po niższej cenie i bierze aktywny udział w jej rozwoju mając nadzieję, że wyjdzie z tego coś dobrego. Trzeba mieć jednak na uwadze, że zabawa z takim produktem rzadko kiedy należy do przyjemnych.

Ostrzegał o tym ostatnio Dean Hall ze studia Bohemia Interactive, który pod koniec grudnia opublikował na Steam Early Access długo oczekiwane DayZ w bardzo wczesnym stadium. Na pytanie, czy warto kupić teraz jego grę odpowiadał szczerze „Nie”, co oczywiście przysporzyło mu sporo nowych klientów. Hall urósł w oczach wielu graczy jako wyluzowany i otwarty gość, który nie czaruje marketingowymi zwrotami. W ciągu miesiąca DayZ nabyło ponad milion użytkowników, choć cena jak na alphę była dość zaporowa (prawie 25 Euro).

Star Citizen okazuje się być studnią bez dna.

Star Citizen okazuje się być studnią bez dnia.

Czy zjawisko crowdfundingu oraz wczesnego dostępu za kasę niesie ze sobą jakieś zagrożenie? Na chwilę obecną systemy zbiórki są szczelne i blokują dostęp potencjalnym oszustom. Ryzyko istnieje jednak w innych aspektach – czy produkt, który wspieramy okaże się godnym uwagi? Jaka będzie data premiery? A co jeśli zebrane pieniądze zostaną wydane w nieefektywny sposób (przykładem jest choćby The Doom That Came to Atlantic City)? Na 100 owiec zawsze znajdzie się 1 czarna.

Twórcy starają się jak mogą udobruchać darczyńców poprzez ekskluzywną zawartość, możliwość ingerencji w treść lub poprzez dodatki tj. tapety na pulpit, darmowe ścieżki muzyczne, czy podziękowania na liście płac. Inni z kolei pozwalają sobie na odważniejsze rozwiązania. Najhojniejszych zapraszają przykładowo na degustację piwa.

To powoduje, że crowdfunding z wczesnym dostępem stają się ciekawymi alternatywami dla tradycyjnego modelu reklama-zakup-zabawa. Gracze poszukują towaru, który zainteresuje ich samym pomysłem, a nie koniecznie realizacją. A przy okazji będą mogli realnie wpłynąć na efekt końcowy.


Tytułowe zdjęcie pochodzi ze strony Rocío Lara www.flickr.com/photos/analogica i jest udostępnione na licencji Creative Commons.

Przeczytaj artykuł

2626

Profesjonalne tłumaczenia online – język nie jest już barierą w biznesie [wywiad]

E-biznes

27 stycznia 2014

Globalizacja daje ogromne szanse na szybki rozwój biznesu, a tym samym powoduje zapotrzebowanie w komunikacji „językowej”. Dlatego też od stycznia, zespół profesjonalnych tłumaczy portalu dogadamycie.pl pomaga klientom home.pl w porozumiewaniu się z ich zagranicznymi partnerami. Przeczytaj wywiad z Agnieszką Chmielewską, prezesem zarządu firmy dogadamycie.pl

Paweł Krzych: Jak wygląda rynek profesjonalnych, internetowych tłumaczeń w Polsce? Czy jest duże zapotrzebowanie na takie usługi w naszym kraju?
Agnieszka Chmielewska: Globalizacja, coraz większy zasięg biznesowych kontaktów międzynarodowych wpływa na zapotrzebowanie w komunikacji „językowej”. Według danych CEIDG w Polsce działa około 62 tys. firm, które świadczą usługi translatorskie, tak duże zainteresowanie wskazuje na ogromne zapotrzebowanie na tego typu usługi.

W skali światowej tłumaczonych jest tylko 2% treści treści – zatem potencjał wzrostu tej branży jest ogromny. Kontakt biznesowy w lokalnym języku to podstawowy aspekt udanych negocjacji biznesowych, a nie w każdej firmie znajomość języków wykracza poza te „podstawowe”. Dlatego też profesjonalne usługi translatorskie świadczone pomocy nowoczesnych technologii, to pożądany aspekt biznesowego „komunikatora” na rynku międzynarodowym.

Nasz serwis jest jedyną tego rodzaju platformą w Polsce, nasi klienci doceniają przede wszystkim dostępność, czas reakcji, różnorodność i innowacyjność produktów. Nikt inny nie zajmuje się tłumaczeniami na przykład rozmów telefonicznych w technologii i na portalu internetowym, jak robi to dogadamycie.pl

Wiele osób korzysta z tłumaczeń na własną rękę np. przy użyciu Google Translatora, czy nawet zleca takie tłumaczenia w różnych serwisach za groszowe kwoty. Co sądzi Pani o jakości takich tłumaczeń?
O ile korzystanie z automatycznych translatorów na poziomie prywatnym, pozwalającym na szybkie znalezienie „sensu” słów, czasem zdań może być pomocne, to już niestety korzystanie z tego typu pomocy translacyjnych może grozić „katastrofą” podczas kontaktów biznesowych.

Przykładów niefortunnych tłumaczeń tego typu jest sporo, w otchłani internetowej znaleźć można wiele takich kwiatków tłumaczeniowych, dość szybko wyłuskanych przez bystrych internautów. I cóż, taka „reklama” z pewnością nie wpłynie na pozytywny wizerunek firmy. W profesjonalnych kontaktach pomiędzy obcojęzycznymi partnerami ważna jest jakość i kulturowy aspekt podczas tłumaczonej rozmowy czy korespondencji.

Tego nie zapewni ani przypadkowy tłumacz świadczący usługi za przysłowiowy grosz, ani tym bardziej automatyczny translator. To kilka przykładów tłumaczenia maszynowego:

ENG: Kate Middleton and her burgeoning baby bump brightened up a gloomy day in London yesterday, in a sunny yellow Emilia Wickstead coat.
PL: Kate Middleton i jej rosnące nierówności dziecka rozjaśniła się ponury dzień w Londynie wczoraj, w słoneczny żółty płaszcz Wickstead Emilia.

FR: Surtout, ce numero tente, sur la base des travaux les plus recents, de pointers les defis qui vont tot ou tard se presenter au pays, et presente des pistes de reflexion et d’action pour les reliever
PL: Szczególnie ten namiot problem, na podstawie prac ostatniego, wyzwania wskaźników, które prędzej czy później być obecne w tym kraju, i prezentuje utwory, myślenia i działania w celu ich rozwiązania

DE: Left attackiert Bundeskanzlerin in der Handy-Affare
PL: Left zaatakował kanclerze w telefon komórkowy romans

Jak widzimy na powyższych przykładach nie ma znaczenia, użycie tłumacza automatycznego czasami zwiększa trudność zrozumienia tekstu, a przede wszystkim może powodować niezrozumienie. Oczywiście w wielu przypadkach takich jak przeglądanie stron www, czy rozmowy z kolegą, przełożenie maszynowe może nam wystarczyć, ale oficjalne dokumenty, podania o pracę i literatura piękna to nadal domena tłumacza.

Usługi dogadamycie.pl dotyczą rozmów telefonicznych, wiadomości e-mail, rozmów na chacie, bezpośrednio na spotkaniu. Dogadamycie.pl wykonuje również zlecenia tłumaczeń pisemnych oraz tłumaczeń stron WWW.

Usługi dogadamycie.pl dotyczą rozmów telefonicznych, wiadomości e-mail, rozmów na chacie, bezpośrednio na spotkaniu. Dogadamycie.pl wykonuje również zlecenia tłumaczeń pisemnych oraz tłumaczeń stron WWW.

Jakie języki tłumaczeń są najbardziej popularne? Czy zauważalny jest wzrost tłumaczeń w jakimś konkretnym języku?
Podstawowymi językami w komunikacji biznesowej stanowią język angielski i niemiecki, jednakże coraz częściej na znaczeniu zyskują takie języki jak język rosyjski i francuski, a także języki skandynawskie, fiński, duński, norweski i niderlandzki.

Czy nie obawiacie się, że w niedalekiej przyszłości rolę tłumaczeń (zarówno tekstowych, jak i głosowych) przejmą algorytmy komputerowe? Czy to może kompletne science-fiction?
Nie, bowiem maszyna nigdy nie zastąpi czynnika ludzkiego, intuicji, kontekstowości przekładu. Maszyna choćby nie wiem jak profesjonalnie tłumaczyła, nie odda emocji i negocjacyjnego tonu podczas prowadzonej rozmowy. Podczas biznesowych negocjacji, tak ważne aspekty jak kontakt z negocjatorem, kulturowe niuanse, szybkość reakcji, w tej materii nowoczesna maszyneria nie zastąpi człowieka.

Czy może Pani powiedzieć o jakiś niestandardowych zleceniach? Z jakimi najciekawszymi zapytaniami spotkała się Pani firma?
Naszych klientów chroni poufność, którą gwarantujemy. Mogę opowiedzieć o jednym z ciekawszych zapytań na translację słów „kocham cię” w 100 językach. Chodziło nie tylko o same tłumaczenia, ale też zapis fonetyczny – tak, by nie popełnić błędu w wymowie.


Dogadamycie.pl to innowacyjna i fachowa platforma do tłumaczeń online. Pozwala na szybkie i bardzo wygodne komunikowanie się 44 językach. Oferta obejmuje tłumaczenia stron www, wiadomości e-mail, wiadomości sms, tłumaczenia pisemne, a także tłumaczenia rozmów telefonicznych.

Klienci home.pl mogą korzystać z usług tłumaczenia z 20% rabatem. Poznaj szczegóły oferty pod linkiem https://home.pl/dodatki/dogadamycie

Przeczytaj artykuł

1205

Zastanawiasz się nad rozpoczęciem biznesu w Internecie? [część 4]

E-biznes

22 stycznia 2014

Wiesz już, jak ważna jest nazwa firmy, gdzie złożyć wniosek o rozpoczęcie działalności gospodarczej oraz czym jest PKD. Pytanie brzmi: ile jeszcze dokumentów mam złożyć oraz co jeszcze zrobić, aby w końcu wystartować?

NIC! Przynajmniej w kwestii założenia firmy. Wraz ze złożeniem wniosku CEiDG-1 Twoja firma rozpoczyna oficjalną działalność. Wypełnienie druku jest równocześnie zgłoszeniem do Urzędu Statystycznego, który nada firmie REGON, zgłoszeniem do ZUS bądź KRUS oraz rejestracją nowego podatnika w Urzędzie Skarbowym.

Prowadzenie działalności gospodarczej można rozpocząć w dniu złożenia wniosku o wpis do CEiDG (w przypadku złożenia osobistego liczy się dzień podpisania wniosku w urzędzie, a nie jego wypełnienie online).

Dodatkowo w ciągu 7 dni od złożenia wniosku musisz zgłosić się we właściwym oddziale ZUS celem zgłoszenia do odpowiednich ubezpieczeń:

  • Jeśli prowadzisz jedynie swoją firmę, powinieneś złożyć formularz ZUS ZUA,
  • Jeśli jesteś dodatkowo zatrudniony na etacie i otrzymujesz wynagrodzenie nie mniejsze niż minimalna pensja krajowa, wystarczy że złożysz wniosek o ubezpieczenie zdrowotne na formularzu ZUS ZZA.

Trochę bardziej utrudnioną sprawę mają płatnicy VAT – jeśli będziesz prowadzić taką działalność, musisz jeszcze w Urzędzie Skarbowym złożyć wniosek VAT-R – najpóźniej do dnia poprzedzającego dzień rozpoczęcia sprzedaży towarów i usług objętych VAT. Złożenie takiego wniosku wiąże się z jednorazową opłatą za rejestrację płatnika VAT (obecnie – wrzesień 2013 – jest to 170 zł).

To już wszystko co powinieneś wiedzieć na temat rozpoczęcia działalności gospodarczej jako firma. Zachęcamy do przeczytania wszystkich części naszego poradnika:

  1. Nazwa firmy
  2. Rejestracja firmy
  3. PKD: co to jest?

 

Przeczytaj artykuł